Skocz do zawartości

Ranking


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 2017.10.20 uwzględniając wszystkie działy

  1. 1 punkt
  2. 1 punkt
    Dzięki @Tox za tak profesjonalne wprowadzenie;). Jak już @Tox wspomniał wyjechałem na Spitsbergen. Pracowałem na polskiej stacji polarnej UAM. Większość czasu na stacji przebywało do 6 osób, bywały wyjątki kiedy przyjeżdżali inni naukowcy z swoimi projektami, wtedy potrafiło nicować nawet do 12 osób. W większości czasu jednak byliśmy w 6. Zacznę może od początku. Żeby dotrzeć z Longyearbyen (stolicy archipelagu) do stacji musieliśmy przypłynąć około 3 godziny statkiem turystycznym. Dobijaliśmy do portu w Pyramiden. Starego w większości opuszczonego, aktualnie rosyjskiego miasta. Mieszka tam około 12 pracowników, z czego większość sezonowo pracują przy pracach porządkowych, natomiast zimują tylko 4 osoby. Co ciekawe funkcjonuje tam hotel dla turystów, w którym można również napić się rosyjskiego piwa (cholernie drogiego – 40 zł, ale każde piwo tam było drogie:P). Generalnie jak można się domyśleć, ruskie siedzą tam tylko po to aby zaznaczyć swoją obecność. Status archipelagu jest politycznie lekko niepewny, ale to już zupełnie inna historia. Stacja, na której spędziłem ostatnie 3 miesiące znajduje się około 5 km na S od zrujnowanego miasta. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że trasę między bazą a Pyramiden będę przechodził jeszcze wiele razy. Sama stacja to właściwie 3 kontenery. Dwa mieszkalne i jeden główny, jadalno - laboratoryjno - kinowo imprezowy. Pierwsze parę dni po przybyciu zajmowaliśmy się sprzątaniem oraz budowaniem namiotu rozciągniętego między kontenerami. Po rozpakowaniu i uporządkowaniu wszystkiego odbyliśmy kurs postępowania z niedźwiedziem, obsługi broni i radia ( w moim odczuciu kursy były „skromne”). Następnie nastąpiła stacyjna codzienność. Badania terenowe: Hydrologiczne, Glacjalne, Geomorfologiczne, Meteorologiczne, Eoliczne. Codzienność była przeplatana wypadami typowo trekkingowymi na okoliczne wzgórza, lodowce itp. Dodatkowo, każdy w systemie rotacyjnym był "dyżurnym", który wstawał rano przed 8, wykonywał pomiary meteorologiczne, następnie przygotowywał śniadanie, sprzątał po nim, wykonywał pomiar o godzinie 14, koło 18 -19 podawał obiado-kolacje i po niej sprzątał. Kolejny pomiar odbywał się o godzinie 20 i 2 w nocy. Skoro wspomniałem o posiłkach, w brew pozorom żarcia było dużo i było wystarczająco urozmaicone. Od jajek, rożnego rodzaju serów, salami, krakusów, dżemów, pasztetów, owoców w puszkach, surówek, gołąbków, pulpetów, gulaszu po paluszki i pieguski. Chleb sami piekliśmy, poza tym wystarczy napisać, że udało nam się zrobić takie rarytasy jak rogaliki, ciasta czy pizze Nie wspominając o alkoholu, a tego poszło na prawdę dużo. Myślę, że jakiś 1/3 całego kargo (ponad 2 tony) z żywnością. Plan dnia zazwyczaj wyglądał podobnie. Rano o 9 posiłek (o ile nie miało się akurat dyżuru). Potem w zależności od badań, a właściwie ich lokalizacji kładło się na drzemkę, bądź wyruszało w teren. Zazwyczaj dotarcie na miejsce badań + same badania trwały od 3h do 12h. Średnia odległość jaką się pokonywało w terenie to koło 10 – 20 km. Po powrocie wieczorem zasiadało się do obiado – kolacji, po której zazwyczaj czas spędzało się wspólnie przesiadując w głównym kontenerku. Co wtedy robiliśmy? Od imprezowania ( a parę było naprawdę mocnych :P) przez zwykła rozmowy, do wspólnego oglądania filmów na rzutniku (rządziła gra o tron). I tak czas jakoś płynął… a właściwie gdzieś znikł… Rytm dnia dyktowały godziny pomiarów. Aaa właśnie, ciągły dzień… Idzie się do tego przyzwyczaić i musze przyznać, że ma to swoje plusy. Pomijając imprezy, człowiek potrafi być dłużej aktywny. Co prawda pod koniec wyjazdu czułem się mocno przemęczony, ale nie było to nic co przeszkadzałoby w funkcjonowaniu. W czasie pobytu na stacji udało mi się zorganizować wyprawę. Z racji tego, że wszystkie badania odbywały się w rejonie zatoki Petuniabukta chciałem dostać się jak najdalej na N. Wiecie, jak już się jest na takim wyjeździe warto jest dostać się jak najbliżej N się da. Nie mieliśmy na to za wiele czasu, ponieważ wyruszyliśmy w 4 osoby i stacja była mocno osłabiona jeżeli chodzi o codzienne pomiary. Plan zakładał 6 dni wyprawy. Pierwszego dnia przeszliśmy około 35 km do kolejnego fiordu. Celem była stara chatka traperska. Mieliśmy informacje, że 10 lat temu można było się do niej „bezszkodowo włamać”. Oczywiście mieliśmy z sobą namiot i cały sprzęt biwakowy, jakby coś się zmieniło. Trasa była ciężka. Większość terenu to mocno zerodowane sypkie skały, bagna, miekkie jak gąbka połacie tundry, lodowce czy góry. No i rzeki.. tych musieliśmy przekroczy z 4 i uwierzcie mi w tamtym terenie jest to wyzwaniem. Do ostatniej jaką przekraczaliśmy niestety udało mi się wpaść po samą czapkę. Jako, że było już grubo po 23, miałem mokry plecka, najpewniej namiot też no i lekkie objawy hipotermii ( woda wypływała wprost z pod lodowca - 0.5 °C) Podjęliśmy szybką decyzję, że nieważne jak ale na pewno musimy włamać się do chatki. Po jakiejś godzinie udało nam się ją odnaleźć, a nie było to łatwe. Wejście okazało się banalnie proste. Tam spędziliśmy 2 noce. Pierwszej suszyliśmy sprzęt, bo ostatecznie nikt nie ostał się z suchą stopą. Drugiego dnia zatrzymała nas pogoda. Tam często wieje i tego dnia wiało tak, że deszcz padał poziomo. Trzeciego dnia udało nam się wyruszyć. Ostatecznie dotarliśmy do 79 równoleżnika i wróciliśmy do chatki. Wieczorem obudził mnie krzyk „Marcin niedźwiedź”. Jak się okazało do chatki przez okno zaglądał wielki niedźwiedź. Jednak nie był sam, najprawdopodobniej podeszła nas matka z 2 młodymi. Na szczęście były dość płochliwe i udało nam się je przepędzić. Powrót do stacji zajął nam jakieś 8,5 h, o 4 mniej niż dotarcie do chatki. Znaliśmy już drogę. Tam nie ma szlaków i za pierwszym razem, często musieliśmy się cofać bo trafialiśmy nad przepaści bądź rzeki, których nie dało się przekroczyć. Ostatecznie wyprawę udało się zamknąć w 6 dniach. Poniżej wklejam trochę krajobrazu. Jeżeli chodzi o higienie to z tym bywało różnie. Mam świadomość tego, że czasem od żula odróżniało mnie nic Nie wynikało to z tego, że nie było takich możliwości bo można było podgrzać wodę na piecu i się w niej umyć. Generalnie robiłem to co 4 – 5 dni, ale nie należało to do najprzyjemniejszych rzeczy. Poza tym w takim klimacie jest mniej bakterii, wiec nie odczuwa się tego aż tak. Właściwie w ogóle się tego nie odczuwa. Dało się to we znaki dopiero po powrocie do cywilizacji. Kiedy wracaliśmy statkiem turystycznym do stolicy wyspy. Spaliśmy w głównej sali na statku, gdzie przebywało multum turystów i po jakimś czasie przewodniczka wyprosiła nas do osobnej kajuty. Tam na malej przestrzeni nasza „obecność” była wyczuwalna po za kajutą . Myślę jednak, że dla wielu członków społeczności jest to coś czego często w pracy doświadczali @Duku, @Alienzo? A co do kibelka... no cóż robienie do wiadra i wyrzucanie jego zawartości po uprzednim paradowaniu po plaży wcale nie jest takie złe Ciężko jest zamknąć 3 miesiące w tych paru zdaniach, ale wyjazd był niesamowitą przygodą. Jak ktoś jest zainteresowany, to z tego co wiem, każdy z zewnątrz może się dostać na stację jako turysta i uczestniczyć w życiu stacji. @Cenderniestety nie miałem żadnego logo ACC. SZkoda... @Ariel szkoda było mi mojego iphona brać w taki teren:P @Duku Broń nie była załadowana. Niemniej zgadzam się z Tobą. Procedury z obchodzenia się z bronią i radiem nie były idealne. Starałem się czasem coś zasugerować, ale nie było to za często podchwytywane. Co mądrzejsze chłopaki stosowali się do uwag. Korzystając z okazji dziękuje wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki, tym którym udało się dotrzeć na imprezę pożegnalna @Tiberrias i tym którym się nie udało @Alienzo, @Dagon. Dzięki @Tox za utrzymanie kontaktu. Jeżeli ktoś z was wybiera się w te strony i ma jakieś pytania to śmiało proszę zadawać.
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+01:00
×
×
  • Dodaj nową pozycję...